Take me

Tsigunz POZNAŃ

Take me 12

Guns N’ Roses i bałkańskie fanfary? Współcześni cyganie? O tym, jak bezcześci się muzykę, mówią członkowie zespołu Tsigunz Fanfara Avantura – tegoroczni uczestnicy festiwalu Ethno Port.

Powiedzcie mi, tak szczerze, czy w dobie mody na folk, nietypowe instrumentarium i klezmerskie brzmienie z premedytacją założyliście swój zespół?

Michał Pijewski: Moda? Jeśli mówimy o modzie, to o takiej z bardzo długą brodą, która mocno zaznaczyła się przecież i w okresie międzywojennym (np. Wyspiański i spółka), i w PRL-u (choćby Czesław Niemen czy inspiracje Zbigniewa Namysłowskiego), a lata 90., kiedy to, co kiedyś było niszą muzyczną, weszło w regularny obieg medialny, to już cała masa projektów  w mniejszym lub większym stopniu powiązanych folkiem. Grzegorz z Ciechowa, Trebunie Tutki – to działo się już kilkanaście lat temu i nie był to żaden underground!

Michał Fetler: Chodzi o to, że folk „wchodzi pod strzechy”…

Małgosia Wosińska: Zaczyna istnieć w mainstreamie. Osjan to dziś mocny underground…

M.P.: A widzisz, dla mnie to legendarna, całkiem popularna kapela!

M.F.: Prawdę mówiąc, nas to zaskoczyło. Zespół powstał właściwie przez przypadek i dopiero po czasie zauważyliśmy, że trafiliśmy w dobry moment.

Chodzi mi o pewną niszowość…

M.P.: To nadal jest nisza. Prężnie się rozwija. Pomyślcie, choćby sam Ethno Port – kiedyś tego nie było…

M.W.: Masz rację, to się robi popularne, fajne, każdy może przyjść, posłuchać, i to bez obciachu.

M.F.: Rynek folkowy zawsze prężnie działał i się rozwijał. Jednak niektóre odmiany tej muzyki zyskują teraz większy posłuch.

Może dlatego, że przebijają się do produkcji pop? Stąd postrzeganie tego rynku w szerszym zakresie…

M.W.: Mam wrażenie, że przez długi czas folk kojarzony był w Polsce ze swojego rodzaju kiczem. Nie był traktowany poważnie, był przestylizowany, przerysowany. Wspomniany już Osjan to była rzadkość, perełka. A tu nagle okazuje się, że znane i lubiane stają się takie zespoły jak Beirut. To dobry znak dla rozwoju polskiego folku!

M.F.: Z naszej strony warto jednak zaznaczyć, że nie jesteśmy folkowcami i uprawiamy szeroko rozumiany jazz. Nasz styl jest efektem możliwości, które daje ta specyficzna, bałkańska melodyka, skale, rytmy oraz brzmienie takiego instrumentarium, połączenia mocnej sekcji dętej z silną sekcją rytmiczną.

Bo to chyba jest tak, że specyficzne rytmizacje, skale, brzmienie – to wszystko drzemie gdzieś w nas głęboko i bardzo łatwo to obudzić…

M.F.: To działa organicznie. Jeśli ktoś chwyci do ręki płytę z taką muzyką, to nie przejdzie obojętnie, słysząc tę muzykę na żywo. Nogi same rwą się do tańca!

M.W.: Muzyka tradycyjna towarzyszyła ludziom podczas najważniejszych obrzędów, na Bałkanach jest tak zresztą do dziś. Stąd w muzyce tradycyjnej element transowości. To są nasze korzenie.

Czy korzystacie ze źródeł? Muzyka ludowa to studnia bez dna…

M.F.: Funkcjonujemy tak, jak tradycyjne fanfary bałkańskie. Gramy standardy muzyki ludowej z rejonu Bałkanów, ale też Bliskiego Wschodu, Turcji czy Indii, lecz są to nasze autorskie aranżacje.

Zapytam, trochę tendencyjnie, czy nie macie wrażenia, że ta Wasza praca jest trochę odtwórcza?

M.W.: Folklor poniekąd na tym polega. Nie chodzi w nim o zmianę treści czy wartości, ale o nowy, twórczy, a czasem spontaniczny sposób ich podania.

M.F.: Ale mamy też ambicję, żeby zacząć komponować swoje rzeczy. Zespół istnieje dopiero rok, a każdy z nas jest raczej twórcą niż odtwórcą. Kwestia czasu.

M.W.: Myślę, że u nas to właśnie mieszanka nowego świata ze starym gwarantuje jakiś posłuch. Jako wokalistka odwołuję się do technik autentycznego bałkańskiego śpiewu, ale ten nie miałby siły przebicia, gdyby nie jazzowe granie chłopaków.

Nie macie wrażenia, że profanujecie te nuty?

M.P.: Z premedytacją! Bezcześcimy! Jesteśmy zespołem dystansu.

Wytłumaczcie mi, proszę, choć jestem w stanie zauważyć drobną zmianę, dlaczego w Polsce folk kojarzy się źle? Nie jesteśmy otwarci na stylizacje, nowe nurty…

M.W.: A jeśli już stylizacja, to a la Mazowsze…

A ludzie wiedzą, że nie gracie polskiej muzyki ludowej? Rozpoznają swoje dziedzictwo? Czy na bałkańskie bębny reagują jak na Kujawiaka...?

M.P.: Przeciwnie, są świadomi, pytają skąd jesteśmy, nie przypuszczając, że z Polski…

Bo u nas ludowizna kojarzy się ze stuletnimi babciami…

M.W.: …albo z tym cholernym Mazowszem…

Jak wygląda podział ról w zespole?

M.F.: Łukasz Śliwiński odpowiada za organizację i management, ja natomiast jestem odpowiedzialny za stronę merytoryczną. Skompletowałem pierwotny skład, zapraszając swoich przyjaciół z rożnych innych projektów i stworzyłem background muzyczny. Jest to jednak tylko punkt wyjścia, a cała reszta powstaje na próbach i zależy od osobowości i umiejętności muzyków, którzy ten zespół tworzą. Ich rola jest nie do przecenienia.

M.P.: Każdy z nas na co dzień funkcjonuje w diametralnie rożnych stylistykach i myślę, że to działa i współtworzy nasz styl.

Nazwa zespołu brzmi dość absurdalnie. Proszę o wyjaśnienie.

M.P.: Trzeba było się jakoś nazywać. To swobodna interpretacja słowa „cyganie” z zaakcentowaniem „gunz” zaczerpniętego prosto z Guns N' Roses…

Jak Was odbierają ludzie?

M.W.: Do mnie dociera mnóstwo komentarzy. Wiem, że nie każdemu może podobać się mój śpiew i interpretacja, ale zazwyczaj słyszę dobre opinie.

M.F.: Faktem jest, że każdy nasz koncert kończy się wielką dyskoteką pod sceną. Dla mnie to najlepszy wyznacznik.

M.P.: Nie chcemy być niszowi i hermetyczni. Cieszy nas, że ludzie się bawią. Chcemy to rozwijać, oczywiście nie za cenę jakichś żenujących kompromisów… Fanfary to zespoły użytkowe, dla ludzi, a nie uprawianie pseudointelektualnej sztuki. To wesela, pogrzeby…

Jak myślicie, na ile starczy Wam kreatywności, by robić tą całą folkową awanturę?

M.W.: Dopóki ludzie nas będą słuchać, dopóki będą się bawić, dopóki będzie interakcja.

M.F.: Trudne pytanie. Zobaczymy. Na pewno rynek folkowy jest czymś stałym, tam trafiamy niejako z definicji, aczkolwiek chcielibyśmy się rozwijać, celujemy raczej w jazz i muzykę alternatywną.

M.P.: Potencjał zespołu jest olbrzymi, każdy z nas ma mnóstwo pomysłów. To może pójść w każdą stronę.

 

fot. Marek Badełek,  

rozmawiała: Magda Howorska

LOGOWANIE

X
Zapomniałem hasła

ZAPOMNIAŁEM HASŁA

X