-
O Etno!
-
Torba, saszetka, neseser czy aktówka?
-
Wpływy oceanu
-
Wyluzuj!czyli kolejny trend w modzie męskiej
-
Patronat Pasteli
-
Stripes are all around me
-
Na błysk
-
Męskość czy miękkość czyli facet w 2012 roku
-
Strój wyłoniony z piany
-
Wielki Gatsby i klasa robotnicza
-
Trend fashion na 2012. Przywołujemy lata 20.
-
DRESSME
JAC cover shooting - backstage!
Podano dalej
Take me 13
Jak często trafiasz w mediach muzycznych na zapowiedzi genialnych albumów, fantastycznych koncertów, artystycznych objawień? Czy sugerujesz się superlatywami i biegniesz po bilet lub płytę? W końcu dziennikarz to zawód zaufania publicznego, a media powinny być autorytetami. No tak, tyle że dziś połowa tekstów jest autorstwa PR-owców, a media służą jako słupy ogłoszeniowe.
To żadna nowość, że artykuły, programy telewizyjne i audycje radiowe są często inspirowane lub powodowane działalnością PR-owców. Generalnie nie ma w tym nic złego, bo zadaniem specjalistów od komunikacji jest właśnie komunikowanie się m.in. z mediami. Skoro wydajemy nową płytę, to chcemy, żeby świat się o niej dowiedział. Jeśli organizujemy koncert, to chcemy, żeby ludzie na niego przyszli. Samodzielnie więc – lub z pomocą specjalisty czy też całej agencji – rozpuszczamy wici m.in. w postaci informacji prasowych. I wszystko jest OK, dopóki te informacje służą jako podstawy do pisania tekstów, a nie są gotowymi artykułami, przy których praca dziennikarzy ogranicza się do kopiuj/wklej. Niestety – nie tylko w świecie muzyki – redaktorzy nagminnie publikują artykuły dokładnie w takiej formie, w jakiej znaleźli je rano w skrzynce mailowej. Jestem dziennikarzem i PR-owcem i w większości przypadków od razu rozpoznaję, kiedy tekst jest autorski, a kiedy jest gotowcem wysłanym do kilkuset odbiorców. Sam tworzę takie gotowce dla festiwalu Audioriver i obserwuję, jak bez absolutnie żadnej edycji trafiają potem na dziesiątki portali. Czy to źle, że tak się dzieje? Jasne, że źle, bo od dziennikarzy powinniśmy wymagać choćby odrobiny refleksji. Może nie powinienem tego pisać, bo w tej chwili zrażam do siebie media, z którymi współpracuję od lat, ale mam nadzieję, że odczytają moje słowa jako chęć poprawy sytuacji, a nie zwykłą nagonkę.
Nie jestem zawodowym PR-owcem w takim rozumieniu, że zajmę się każdą marką, sprzedam każdą ideę, a swoim słowem poprę każdą brednię. Mam to szczęście, że współtworzę program Audioriver, dzięki czemu nigdy nie doszło do sytuacji, kiedy musiałbym promować artystę, którego uważałbym za słabego. Dzięki temu każda z moich informacji prasowych i każdy z wywiadów były szczere. Ale jestem w zdecydowanej mniejszości, bo większość tekstów powstających w agencjach czy w działach PR pisane jest przez ludzi, którzy wykonują zadania przydzielone z góry. Cel jest jeden: ma być pięknie i wspaniale.
Finał jest taki, że idea wymyślona przez promotora koncertu czy marketing managera z wytwórni płytowej trafi a przez media prosto na Twój informacyjny stół. Nie wiem, jak Tobie, drogi Czytelniku, ale mi słabo się robi, gdy napotykam takie zdania: „To już oficjalne – w tym sezonie rządzi Orange Warsaw Festival! Już jest genialnie. Na scenie zobaczymy przecież Jamiroquai, Moby’ego, Skunk Anansie, Plan B i The Streets. Wstrzymajcie jednak oddech! Przed Wami kolejne sensacyjne wieści z obozu OWF…”. „Rządzi”? „Genialnie”? „Wstrzymajcie oddech”? „Sensacyjne wieści”? Chryste! Naprawdę jestem w stanie przeboleć fakt, że takie peany wychodzą spod ręki PR-owca. Kto wie, może – tak jak ja – pisząc to, wierzył w każde swoje słowo. Ale że redakcja publikuje taką laurkę? Podobne zdania mogłyby się znaleźć w recenzji koncertu, a nie w newsowych zapowiedziach. Jeśli zaś masz wątpliwości, czy ten tekst zrodził się w głowie PR-owca, czy redaktora, wklej jego fragment w Google i zobacz, ile portali wrzuciło identyczne zdania. Generalnie polecam tę metodę weryfikacji dziennikarskiej rzetelności. Nie oczekuję, że redaktorzy będą pisać artykuły zupełnie od zera, ale pamiętam, że gdy prowadziłem portal Soundrevolt.com, to z informacji prasowych, które lądowały w dziale news, usuwaliśmy wszelkie wartościujące przymiotniki. Nadchodząca płyta była po prostu nadchodzącą płytą, a nie „genialną płytą, na którą wszyscy czekają”. Na wartościowanie było miejsce w recenzjach i tu żaden PR-owiec nie miał już nic do gadania. Tyle że recenzje zawsze były dużo mniej chętnie czytane. Nawet jeśli publikowaliśmy je jeszcze przed wydaniem opisywanych albumów, to i tak często owe płyty były już nielegalnie dostępne w sieci. W takim razie internauta nie widział sensu, by czytać opinię jakiegoś redaktora, skoro za darmo sam mógł sobie sprawdzić, czy dany krążek był dla niego, czy nie. Dlatego szybkie newsy, pisane bez refleksji, „świetnie” się w muzyce sprawdzają, bo dla wielu czytelników są niczym innym jak wskazówką, które płyty ściągnąć w przyszłym miesiącu. To, o czym piszę, to przede wszystkim skaza internetu, w którym coraz bardziej liczy się liczba publikacji i tempo ich umieszczania niż sama treść. Duże zdjęcie, chwytliwy tytuł, ciekawy lead i jedziemy z kolejną „powalającą informacją”. Z drugiej strony internautów często nie interesuje nic poza zdjęciem, tytułem i leadem. Są tak samo leniwi albo tak samo zapracowani jak dziennikarze. Jeszcze nie wiem, który z tych powodów bardziej odpowiada za dzisiejszy stan rzeczy.
TEKST / Łukasz Napora















