„Factory2” reż. Krystian Lupa, Teatr Narodowy w Krakowie
Próbne zdjęcie apokalipsy
Gdy siedzący wygodnie w fotelach widzowie słyszą: „Prosimy wyłączyć telefony komórkowe”, zachwycony tym komunikatem Andy Warhol prosi o powtórkę. Z głośników leci więc ponownie: „Prosimy wyłączyć...”. Andy zaczyna bić brawo, gaśnie światło, na ekranie umiejscowionym między aktorami a publicznością pojawia się słynny film „Blow Job”. Czy są jakieś pytania? - Zwraca się po projekcji do publiczości Ondine. Nie ma? – pyta ponownie i odwracając się w stronę będącej cały czas na scenie ekipy Factory, przedstawia wszystkich ich po kolei : Viva, Andy, Nico, Edie, Gerald...My także należymy do tego świata. My, czyli widzowie, chociaż jeszcze tego nie wiemy. Zrozumiemy to dopiero po ostatniej scenie, niemal siedem godzin po rozpoczęciu „Factory2”.
Spektakl powstawał rok, zaś jego podstawą nie był dramaturgiczny tekst, ale improwizacja aktorska. Być Edie, znaczy dla grającej ją Sandry Korzeniak zachowywać się jak Edie Sedgwick, tańczyć jak Edie Sedgwick, mówić jak Edie Sedgwick i umierać jak ona. Nawet, gdy Edie udaje Marylin Monroe, ciągle jest Edie, nie zaś Blondynką. Wyzwanie dla Korzeniak tym większe, że w kolejnym spektaklu Lupy zostatnie ona samą Marylin zgarniając za to szereg nagród z Paszportem Polityki włącznie. Z każdą postacią jest zresztą podobnie. Siła tego przedstawienie nie tkwi w dobrze skonstruowanej sylwetce bohatera przez dramatura, bo go przy realizacji de facto nie było. Aktor tworzył tę postać wymyślając pomysł i go realizując. Wiedząc, że wielkim fetyszem Warhola jest odkurzanie, mamy przed oczami Iwonę Bielską, która wcielajac się w rolę Brigid opowiada przez ponad pół godziny o codziennym sprzątaniu dając w ten sposób pokaz, jak daleko można posunąć się w improwizacji.
Jednak nie o popis akorski i nowatorstwo, jakkolwiek to brzmi, chodzi. „Factory2” to przede wszystkim spektakl o dwóch rzeczach – samotności oraz wyłapaniu momentu, na chwilę przed całkowitym rozpadem środowiska związanego z Warholem. Film zaczyna się od premiery „Blow Job”, która miała miejsce w 1964 roku, niemal dwa lata po powstaniu Fabryki. Cztery lata później, w najistotniejszym dla nowoczesnych czasów roku 1968 roku, studio na 47th Street przestanie funkcjonować. Za trzy kolejne lata umrze Edie, w 1987 Andy, 88 Nico, 89 Ondine. Jeszcze tylko próbne zdjęcie apokalipsy, do którego wszyscy ochoczo się uśmiechają, chociaż każdy wie, że to koniec. Każdy z nich, my też, ale znów tego nie wiemy. My, czyli widzowie. Zrozumiemy to dopiero po zakończeniu spektaklu.
Dla scenie trwa karnawał. Filmy, dyskusje, zabawa, ale już zaczyna się coś niepokojącego. Pierwsza część kończy się zerwaniem Andy’emu peruki i uznaniem go za oszusta. Po niemal godzinnej przerwie zaczyna się część druga, w czasie, której obnażane są kolejne słabości członków Fabryki. Andy jest tam guru, którego się słucha, jest spowiednikiem, chociaż pozornie robi to od niechcenia. Udaje, że nie słucha albo udaje, że go coś interesuje. Nie wiemy, gdzie przebiega granica kreacji, co jest prawdą, co zaś fikcją. Granice przełamują się na naszych oczach. Chociaż my ciagle jeszcze tego nie wiemy.
Upadek Fabryki nie jest pokazany dosłownie. Nie mamy przed sobą zaćpanych ciał, kopulujących szkieletów – wyniszczonych przez AIDS i heroinę. Wszystkiego się dopiero domyślamy. Wszyscy uciekają od samotności dając się niszczyć, bo wiedzą, że Fabryka ich przygernęła, dała i im pieć minut, po czym odrzuciła. Przykład Edie, która najpierw była gwiazdą, po czym zeszłą na plan drugi i umarła przed trzydziestką obrazuje to doskonale. Druga część to w dużej mierze monologi osób, dla których Warhol był jak ojczym, przygarniający przestraszone dzieci w wielkim świecie Nowego Jorku. Gdyby nie on, nikt by o nich nie słyszał. Jednak karnawał dogorywa. Trwał pięć, sześć lat. Teraz zaczyna się agonia, którą Lupa przedstawił w sposób absolutnie doskonały.
Jesteśmy częścią tego świata. Gdy po siedmiu godzinach wszyscy tłumnie wstają, aby na stojąco nagrodzić spektakl dociera do nas, że nie potrafimy wyznaczyć jasnych granic między sceną a publicznością. Odine zwracajacy się bezpośrednio do widzów; film, kóry ogladamy wspólnie z z ekipą Fabryki; Lupa pojawiający się w pewnym momencie na scenie czy trwający również w czasie przerwy monolog Brigid uświadamia nam, że to coś więcej niż spektkl i za 10, 15 lat będzie się o „Factory2” mówić tyle, ile dziś o najważniejszym póki co jego przedstawieniu „Kalkwerk” na podstawie prozy Bernharda.
„Factory2” obok „Sprawy Dantona” Jana Klaty uznano w wielu mediach ze spaktakl roku 2009. Z ciekawości poszedłem kilka dni po Fabryce do Teatru Polskiego we Wrocławiu, aby zobaczyć jak po dwóch latach ma się owo przedstawienie. Niestety trzeba przyznać, że w przeciwieństwie do dzieła Lupy zwyczajnie się zestarzało. Problem Klaty polega na tym, że jest efekciarzem, tworzy teatr, który podoba się wszystkim, ale w tymże teatrze nie ma nic, po za tym, co sam chce przekazać. Lupę odczytuje się za to na dziesiątki sposobów. Za każdym razem jak myślę o „Factory2” zgłębiam kolejną historię, kolejny dramat, nowy problem, nowe odczytanie.
Łukasz Saturczak
„Factory2” reż. Krystian Lupa, Teatr Narodowy w Krakowie















